Nie planowałam jechać na to spotkanie klasowe. Naprawdę. Mąż powiedział: „Jedź, odpocznij od nas choć jeden wieczór”. Dzieciaki krzyczały, że chcą z tatą oglądać „Krainę lodu” po raz setny. A ja… ja po prostu chciałam na kilka godzin przestać być mamą, żoną, kierowniczką działu kadr i kobietą, która od pięciu lat nie kupiła sobie bielizny innej niż „wygodna i beżowa”.
Więc spakowałam czarną sukienkę – tę samą, którą nosiłam na studniówkę – i pojechałam.
Hotel „Pod Dębem” stał dokładnie tam, gdzie piętnaście lat temu stała nasza szkoła. Zburzyli budynek, postawili czterogwiazdkowca z basenem i spa. Symboliczne, prawda?
Wchodzę do sali bankietowej o 20:47. Spóźniona, jak zwykle. W środku już gra „Jesteś szalona” w wersji 2024, czyli wolniejsza i z większym basem. Ludzie się śmieją, ktoś pije szampana prosto z butelki, ktoś inny płacze nad zdjęciami z matury.
I wtedy go widzę.
Siedzi przy barze tyłem do sali, ale poznaję go po karku. Po tym, jak lekko przekrzywia głowę, gdy się śmieje. Po sposobie, w jaki trzyma szklankę – dwa palce na dnie, kciuk na brzegu.
Kuba.
Wstyd się przyznać, ale przez sekundę rozważam odwrót. Ale on odwraca się akurat w tym momencie i nasze spojrzenia się spotykają. Uśmiecha się tym samym uśmiechem, który kiedyś sprawiał, że zapominałam tabliczki mnożenia.
– Ola – mówi, jakby widział mnie wczoraj. – Wciąż spóźniasz się na pierwszą lekcję?
Podchodzę. Serce mi wali, jakby miało osiemnaście lat.
– Tylko na te najważniejsze – odpowiadam i siadam obok.
Zamawiam wódkę z colą. On pamięta. Oczywiście, że pamięta.
Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. O tym, że on jest po rozwodzie od dwóch lat. Że ja mam dwójkę – Lenę i Kubę (tak, dałam synowi na imię po nim, ale nigdy mu o tym nie powiedziałam. O tym, że on teraz projektuje aplikacje w Berlinie, a ja liczę urlopy wypoczynkowe w korporacji pod Warszawą.
O 23:30 sala zaczyna pustoszeć. Ktoś włącza „Time of My Life”, pary idą tańczyć. My zostajemy przy barze.
– Pamiętasz, jak obiecywaliśmy sobie, że kiedyś… – zaczyna.
– Pamiętam – przerywam mu. – I pamiętam, że nigdy nie dotrzymałeś słowa.
Patrzy na mnie długo. Potem wyciąga telefon, otwiera aplikację hotelu.
– Mam pokój na szóstym piętrze – mówi cicho. – 614. Jeśli chcesz dokończyć maturę z polskiego… drzwi będą otwarte do pierwszej.
Nie odpowiadam nic. Tylko dopijam drinka i idę do toalety poprawić szminkę.
W lustrze patrzę na siebie i myślę: Ola, masz trzydzieści dwa lata, dwoje dzieci i męża, który dziś wieczorem pewnie śpi z pilotem w ręce. Ale w lustrze widzę też dziewczynę, która kiedyś siedziała w ostatniej ławce i marzyła, żeby Kuba wreszcie przestał być tylko kolegą.
Wychodzę z toalety. Winda jest pusta.
Naciskam „6”.
Drzwi pokoju 614 są uchylone. Wchodzę bez pukania.
On stoi przy oknie, koszula rozpięta do połowy, w ręku szklanka z whisky. Za oknem miasto świeci tysiącem świateł.
– Myślałem, że nie przyjdziesz – mówi.
– Ja też myślałam – odpowiadam i zamykam drzwi na zasuwę.
Podchodzi powoli. Nie dotyka mnie od razu. Tylko patrzy.
– Jesteś jeszcze piękniejsza niż wtedy – mówi.
– Kłamca.
– Nie kłamię. Po prostu… dojrzałaś. W najgorszy możliwy sposób.
I wtedy mnie całuje.
Nie jest to delikatny pocałunek „cześć, miło cię widzieć po latach”. To jest pocałunek człowieka, który piętnaście lat czekał, żeby w końcu zrobić to jak należy. Jego ręce na mojej talii, moje palce w jego włosach, języki splatają się tak, jakby nigdy nie przestały.
Cofamy się w stronę łóżka. Moja sukienka ląduje na podłodze. Jego koszula zaraz po niej. Dotykam jego klatki piersiowej – jest twardsza niż w liceum, pokryta lekkim owłosieniem. Blizna po wyrostku robaczkowym – nowa.
– To z 2019 – mówi, widząc moje spojrzenie. – Prawie umarłem. Żona wtedy… już nie była żoną.
Nie odpowiadam. Tylko całuję go w tę bliznę.
Klęka przede mną, zdejmuje mi majtki powoli, jakby rozpakowywał prezent, na który czekał pół życia. Rozsuwa mi uda, patrzy w górę.
– Nadal się golisz? – pyta z uśmiechem.
– Tylko na specjalne okazje – odpowiadam i opieram się o wezgłowie.
Jego język jest pewny, powolny, dokładny. Zna każdy centymetr, jakby uczył się na pamięć przez te wszystkie lata. Ssie łechtaczkę delikatnie, potem mocniej, dwa palce wchodzą we mnie bez problemu – jestem mokra tak, jak nie byłam od… nie pamiętam kiedy.
Jęczę głośno. Zero wstydu. Kiedy dochodzę pierwszy raz, gryzę poduszkę, żeby nie obudzić całego piętra.
On wstaje, ściąga spodnie. Jest duży – większy niż pamiętałam z nastoletnich fantazji. Siadam na brzegu łóżka, biorę go do ust. Powoli, głęboko, patrząc mu w oczy. Jęczy moje imię – to brzmi jak muzyka.
– Ola… kurwa… czekaj…
Nie czekam. Doprowadzam go prawie do końca, a potem się odsuwam.
– Piętnaście lat czekał – mówię. – Teraz ty poczekasz chwilę dłużej.
Kładzie mnie na plecy, siadam na nim okrakiem. Wchodzę na niego powoli, centymetr po centymetrze, patrząc mu w oczy. Oboje wstrzymujemy oddech.
– Jesteś… ciasna – jęczy.
– A ty… idealnie pasujesz – odpowiadam i zaczynam się poruszać.
Najpierw wolno, okrężnymi ruchami. Potem szybciej. Jego ręce na moich piersiach, moje paznokcie na jego ramionach. Tempo rośnie, łóżko skrzypi, szyba zaparowana.
– Odwróć się – warczy nagle.
Robię to. Na czworaka, twarz w poduszce. Wchodzi we mnie od tyłu mocno, głęboko, jedną ręką chwyta mnie za włosy, drugą znajduje łechtaczkę.
– Powiedz to – dyszy.
– Co?
– Jak się nazywasz w tej chwili.
– Nie… twoja – jęczę.
Dochodzi we mnie sekundę później. Ja zaraz po nim – drugi raz, mocniejszy, dłuższy.
Upadamy na łóżko zdyszani, spoceni, szczęśliwi.
Leżymy tak chwilę. On głaszcze mnie po plecach.
– To co – pytam w końcu. – Odsetki spłacone?
Śmieje się cicho.
– To była tylko zaliczka.
Patrzę na zegarek. 00:47.
– Mam pokój na czwartym – mówię. – 412. Klucz zostawię w recepcji… gdybyś chciał spłacić kolejną ratę przed śniadaniem.
Całuje mnie w czoło.
– Będę o 6:30. Dzieci wstają o siódmej, prawda?
Uśmiecham się.
– Wstyd się przyznać, ale już nie mogę się doczekać.
Budzik w telefonie mam ustawiony na 6:45, bo dzieci o siódmej już będą skakać po łóżku i wołać „mamo, naleśniki!”. Ale o 6:27 ktoś delikatnie puka do drzwi.
Otwieram w samym szlafroku hotelowym, który ledwo się zapina się na piersiach. Kuba stoi w korytarzu z tacą: dwie kawy i coś, co wygląda na croissanta. Włosy ma mokre – widać brał prysznic u siebie.
– Śniadanie do łóżka – mówi z tym swoim uśmiechem. – Ale najpierw ja zjem ciebie.
Nie zdążę nawet zamknąć drzwi, a już mnie całuje, przyciskając do ściany. Taca ląduje na komodzie, kawa się rozlewa, ale nikomu to nie przeszkadza. Szlafrok spada na podłogę. Jestem naga pod spodem – spałam tak specjalnie.
– Kurwa, Ola – jęczy mi w szyję. – Nie spałem ani minuty. Myślałem tylko o tym, jak wrócę i dokończę to, co zaczęliśmy.
Podnosi mnie bez wysiłku – ręce pod pupę, moje nogi oplatają mu biodra. Idziemy tak do łazienki, bo prysznic jest większy niż łóżko.
Stawia mnie pod natryskiem, odkręca gorącą wodę. Para wypełnia kabinę w kilka sekund. Całuje mnie po szyi, po piersiach, gryzie sutki na zmianę, aż bolą tak przyjemnie. Klękam przed nim – woda spływa mi po plecach, po twarzy. Biorę go całego do ust, głęboko, aż dotyka gardła. Trzyma mnie za włosy, dyktuje tempo, ale nie za mocno – wie, że lubię mieć kontrolę.
– Patrz na mnie – warczy.
Patrzę. Oczy mamy na jednym poziomie, mimo że klęczę. Przyspiesza, ale w ostatniej chwili wyciąga mnie w górę.
– Nie chcę dojść w usta. Jeszcze nie.
Odwraca mnie twarzą do zimnych płytek. Jedna jego ręka między moimi nogami, druga na szyi – nie ściska, tylko trzyma, przypomina, kto tu teraz rządzi. Dwa palce wchodzą we mnie od razu – jestem gotowa od samego rana.
– Powiedz, że chcesz – szepcze mi do ucha.
– Chcę cię. Teraz. Mocno.
Wchodzi jednym pchnięciem. Głęboko, do samego końca. Jęczę głośno – niech cały hotel słyszy. Zaczyna powoli, ale szybko przyspiesza. Woda spływa po naszych ciałach, para jest tak gęsta, że ledwo widzę własne dłonie na ścianie.
– Głośniej – prosi. – Chce słyszeć, jak bardzo mi dobrze.
Krzyczę jego imię, kiedy dochodzi we mnie pierwszy raz – mocno, głęboko, bez gumki, bez myślenia. Ciepło rozlewa się w środku. Trzyma mnie, żebym nie upadła.
Ale to nie koniec.
Wychodzi ze mnie powoli, odwraca mnie twarzą do siebie. Podnosi jedną moją nogę, opiera o umywalkę obok. Wchodzi znowu – tym razem wolniej, patrząc mi w oczy.
– Chcę patrzeć, jak dochodzisz drugi raz – mówi.
Palec na łechtaczce, ruchy bioder idealnie zsynchronizowane. Nie trwa to długo – może dwie minuty. Dochodzę tak mocno, że widzę gwiazdy, mimo że oczy mam zamknięte.
Stoimy potem pod prysznicem, obejmując się, woda już tylko letnia.
– Mam dokładnie 28 minut, zanim będę musiała zejść na śniadanie z klasą – mówię, całując go w obojczyk.
– To wystarczy na kolejną ratę – odpowiada i wyłącza wodę.
Przenosi mnie na łóżko, mokrzy, nie wycierając się nawet. Kładzie na brzuchu, podkłada poduszkę pod biodra. Zaczyna od tyłu – najpierw język, potem palce, potem znowu on.
Tym razem jest delikatniejszy, ale głębiej. Jedna ręka pod brzuchem – masuje łechtaczkę od środka. Druga na karku – trzyma mnie w miejscu.
– Lubisz tak? – pyta.
– Uwielbiam – jęczę w poduszkę.
Przyspiesza. Wchodzi coraz mocniej, ale nie brutalnie – idealnie. Dochodzę trzeci raz – tym razem cicho, długo, falami.
On zaraz po mnie – znowu we mnie, bez pytania, bez wahania. Czuję każdą kroplę.
Leżymy potem zdyszani. Zegar pokazuje 6:59.
– Muszę lecieć – mówię, choć nie chcę.
– Wiem – odpowiada i całuje mnie w czoło. – Ale to nie koniec.
Ubieram się w pośpiechu – ta sama czarna sukienka, tylko teraz pachnie nim. W lustrze widzę siniaki na szyi, rozmazaną szminkę, włosy, które nigdy nie wyglądały lepiej.
– Wieczorem – mówi, gdy wychodzę. – Sala konferencyjna na parterze jest pusta po 22:00. Mam klucz.
– Będę – odpowiadam i zamykając drzwi.
W windzie poprawiam włosy, ale uśmiech zostawiam. Niech wszyscy widzą.
Cały dzień był torturą. Śniadanie z klasą, zdjęcia grupowe, wspominki, tańce. Siedziałam naprzeciwko niego przy stole i przez osiem godzin udawałam, że nie pamiętam, jak o 6:30 rano spuszczał się we mnie po raz czwarty.
Kiedy ktoś pytał „Olu, dlaczego się tak uśmiechasz?”, odpowiadałam: „Bo miło wrócić do wspomnień”. Tylko on wiedział, że te wspomnienia mają dopiero kilka godzin.
O 21:55 piszę mu SMS-a: „Idę pierwsza. Czekam.”
Sala konferencyjna „B” jest na końcu korytarza, za recepcją. Drzwi zamknięte na klucz, ale on ma uniwersalny – pracował kiedyś przy instalacji systemu w tym hotelu. Wchodzę do środka, gaszę główne światło, zostawiam tylko lampkę biurową na stole. W środku długi stół na 30 osób, skórzane fotele, ogromne okno na parking.
Rozpinam dwa górne guziki bluzki, podciągam spódnicę nieco wyżej i siadam na brzegu stołu. Czekam.
Wchodzi bez pukania o 22:17. Zamyka za sobą drzwi na klucz. W ręku ma małą, czarną torbę – taką męską kosmetyczkę.
– Co tam masz? – pytam z uśmiechem.
– Prezent z Berlina – odpowiada i stawia torbę na stole obok mnie. – Ale najpierw ciebie.
Podchodzi, staje między moimi nogami, całuje mocno, jakby cały dzień się powstrzymywał. Jego ręce od razu pod spódniczkę – palce sprawdzają, czy jestem już mokra. Jestem. Od rana.
– Brak majtek? – mruczy z uznaniem.
– Nauczyłam się na pamięć twoich preferencji – odpowiadam i rozpinam mu pasek.
Zsuwam mu spodnie do kolan. On rozpina mi bluzkę całkowicie, stanik w dół – piersi na wierzchu. Ssie je mocno, zostawiając czerwone ślady. Boli przyjemnie.
– Na stół – rozkazuje cicho.
Kładę się na plecach na zimnym blacie. Rozsuwa mi nogi szeroko, opiera moje stopy na krawędzi stołu. Klęka między nimi.
Zaczyna powoli – język, palce, delikatne ssanie. Potem otwiera torbę.
Pierwsza rzecz: mały, czarny wibrator. Włącza najniższy poziom, przykłada do łechtaczki. Drżę cała.
– Lubisz? – pyta.
– Bardzo.
Podkręca poziom. Jednocześnie wsuwają we mnie dwa palce. Kręcę biodrami, jęczę coraz głośniej.
– Cicho – mówi z uśmiechem. – Za ścianą jest recepcja.
– To ich problem – odpowiadam i jęczę jeszcze głośniej.
Wyłącza wibrator, wstaje. Rozbiera się całkowicie – koszula, spodnie, bokserki. Stoję przed nim naga oprócz szpilek.
– Usiądź na krześle – mówi i wskazuje fotel prezesowski na kółkach.
Siadam. On staje przede mną, bierze mnie za włosy, kieruje moją głowę. Biorę go głęboko, do samego końca. On kontroluje tempo – powoli, głęboko, potem szybciej.
Po kilku minutach wyciąga mnie, obraca tyłem, zgina nad stołem. Moje piersi na zimnym blacie, pupa w górze.
Z torby wyciąga coś jeszcze – małą, czarną opaskę na oczy.
– Zgadzasz się? – pyta.
– Tak.
Zakłada mi ją. Świat znika.
Czuję tylko jego ręce, usta, zapach. Najpierw język w pupie – niespodziewany, ale tak przyjemny, że prawie krzyczę. Potem coś zimnego – lubrykant. Palec. Drugi. Rozluźnia mnie powoli, dokładnie.
– Chcesz? – pyta cicho.
– Tak. Chcę ciebie tam.
Wchodzi powoli – najpierw żołądź, potem centymetr po centymetrze. Boli przez sekundę, potem tylko rozkosz. Trzyma mnie za biodra, porusza się delikatnie, potem mocniej.
Jedną ręką wraca do wibratora – przykłada go z przodu. Dochodzę tak mocno, że gryzę własną rękę, żeby nie krzyknąć.
On przyspiesza, wsuwa się głęboko, dochodzi ze stłumionym jękiem. Ciepło rozlewa się w środku.
Zdejmuje opaskę. Całuje mnie w kark.
– Jeszcze nie koniec – mówi.
Przez następna zabawka.
Wyciąga małe, srebrne kajdanki (prawdziwe, policyjne).
– Skąd to masz? – śmieję się.
– Berlin – odpowiada krótko.
Kajdanki klikają na moich nadgarstkach za plecami. Prowadzi mnie do okna. Przyciska mnie piersiami do szyby – na dole parking, samochody, ludzie palący papierosy.
– Niech patrzą – szepcze.
Wchodzi we mnie od tyłu, mocno, szybko. Jedna ręka na szyi, druga między nogami. Dochodzę po raz czwarty – tym razem naprawdę krzyczę.
On zaraz po mnie.
Stoimy tak chwilę, dysząc. Rozpina kajdanki, całuje w nadgarstki.
– 23:46 – mówi, patrząc na zegar na ścianie. – Mamy jeszcze czas na rundę na tym stole.
Kładzie mnie na plecach, nogi na swoich ramionach. Wchodzi głęboko, powoli, patrząc mi w oczy.
– Powiedz mi coś brzydkiego – prosi.
– Spuść się we mnie jeszcze raz. Chcę czuć cię cały jutrzejszy dzień.
Przyspiesza. Dochodzę piąty raz – długo, falami. On zaraz po mnie – głęboko, mocno, z moim imieniem na ustach.
Leżymy potem na stole, nadzy, spoceni, szczęśliwi.
– Jutro kończy się zjazd o 14:00 – mówię cicho.
– Wiem – odpowiada. – Ale ja zostaję do poniedziałku. Pokój 614 jest opłacony do 12:00.
– Mąż myśli, że wracam jutro wieczorem – odpowiadam.
– To mu powiedz, że autokar się zepsuł.
Uśmiecham się.
– Albo że znowu mam maturę z polskiego do nadrobienia.
Zjeżdżamy windą na poziom -1 w samych szlafrokach i klapkach. W ręku mam tylko klucz uniwersalny, który Kuba „pożyczył” od kolegi z obsługi. Korytarz pusty, echo kroków, zapach chloru coraz mocniejszy.
Drzwi do strefy spa otwierają się z cichym piskiem. Basen olimpijski, podświetlony na turkusowo, para unosi się nad wodą. Jacuzzi w rogu bulgocze leniwie. Tabliczka „Zamknięte 23:00–07:00” wisi krzywo – nikt jej nie poprawiał.
– Kamera jest – szepcze Kuba, wskazując sufit. – Ale nagrywa tylko wejście. W jacuzzi jesteśmy poza kadrem.
– Na pewno? – pytam, ale już zdejmuję szlafrok.
– Na 99 %. Ryzyko to przyprawa – odpowiada i rzuca swój szlafrok na leżak.
Wskakujemy do wody nadzy. Temperatura idealna, lekko ciepła. Płyniemy na środek basenu, całując się pod wodą, wynurzając tylko po to, żeby złapać oddech.
Przepychamy się do jacuzzi. Siadamy naprzeciwko siebie, ale nogi splatają się od razu. Bąbelki masują plecy, woda sięga piersi.
– Chodź tu – mówi i ciągnie mnie na siebie.
Siadam mu na kolanach twarzą do niego. Woda ułatwia ruchy – unoszę się i opadam powoli, czując go całego. Nie spieszymy się. Cały basen jest nasz.
– Powiedz mi – szepcze, gryząc płatek ucha – ile razy dzisiaj już doszłaś?
– Straciłam rachubę po siódmym – odpowiadam i przyspieszam.
Jego ręce pod wodą: jedna na piersi, druga między nami – kciuk na łechtaczce. Woda chlapie na brzegi, echo niesie każdy jęk.
– Chcę cię usłyszeć głośno – mówi. – Niech echo poniesie.
Krzyczę bez wstydu, gdy dochodzę – długi, głęboki krzyk, który odbija się od ścian.
On zaraz po mnie – mocno trzyma mnie za biodra, wbija się do samego końca i spuszcza się z gardłowym jękiem.
Przez chwilę tylko dyszymy, wtuleni, woda wciąż bulgocze.
I wtedy słyszymy dźwięk.
Otwierające się drzwi.
Ktoś wchodzi.
Światło latarki przecina ciemność.
– Halo? Jest tu ktoś? – męski głos, pewnie ochrona.
Zastygnęliśmy w bezruchu. Ja wciąż na nim, on wciąż we mnie. Serce mi wali jak młot.
Latarka przejeżdża po leżakach – widzi szlafroki.
– Kurwa – szepcze Kuba.
Ale zamiast paniki… się śmieje. Cicho, ale szczerze.
– Co robimy? – pytam, również się śmiejąc się przez nerwy.
– Cicho siedzieć – odpowiada i jednym ruchem przesuwa mnie tak, że jestem za jego plecami, twarzą do ściany jacuzzi.
Obejmuje mnie mocno, udajemy, że po prostu siedzimy wtuleni.
Ochroniarz podchodzi bliżej. Światło latarki pada na wodę – widzi nasze głowy, ramiona.
– Proszę państwa, strefa zamknięta po 23:00 – mówi surowo.
– Przepraszamy – odzywa się Kuba spokojnym głosem. – Nie zauważyliśmy godziny. Już wychodzimy.
– Proszę się ubrać i opuścić teren w ciągu pięciu minut. Inaczej wzywam managera.
– Oczywiście.
Światło oddala się. Drzwi zamykają się.
Wybuchamy śmiechem – cichym, histerycznym.
– Chodź – mówi Kuba i podnosi mnie z wody.
Idziemy nadzy, ociekający, do sauny fińskiej obok. Drzwi zamykamy od środka (tam nie ma kamer).
W środku 90 stopni, drewniane ławy, zapach cedru.
Kładzie mnie na górnej ławce, na brzuchu. Rozsuwa mi pośladki, język wędruje niżej niż kiedykolwiek wcześniej. Jestem tak rozpalona, że gorąco sauny wydaje się chłodne.
Potem siada, ja na nim odwrócona tyłem – ręce opieram o dolną ławkę. Wchodzę na niego powoli, głęboko. Ruchy są leniwe, ale mocne – każdy centymetr czuję jak nigdy.
– Chcę cię całą noc – warczy mi do ucha.
– Masz mnie – odpowiadam.
Dochodzę dwa razy – raz cicho, raz krzycząc w ręcznik, żeby nie było słychać na korytarzu.
On kończy w mojej pupie – powoli, głęboko, trzymając mnie mocno za włosy.
Pot spływa po nas strumieniami, mieszając się z tym, co zostało po basenie.
Siedzimy potem wtuleni, dysząc w gorącu.
– Ola – mówi w końcu bardzo poważnie. – To już nie jest tylko seks.
Milczę chwilę.
– Wiem – odpowiadam. – Ale nie wiem, co z tym zrobić.
– Ja wiem – mówi. – Zostaniesz do poniedziałku?
– Mąż myśli, że wracam jutro wieczorem.
– To mu powiedz, że… że złamałaś nogę na tańcach.
Śmieję się.
– Albo że zakochałam się w starym koledze z klasy i potrzebuję czasu, żeby zrozumieć, co dalej.
Całuje mnie długo, delikatnie.
– Nie musisz nic rozumieć dzisiaj – mówi. – Ale nie chcę, żeby to był tylko ten weekend.
– Ja też nie – odpowiadam i czuję, jak coś pęka mi w piersi. Coś, co trzymałam zamknięte od lat.
Wychodzimy z sauny o 1:14. Korytarz pusty. Wracamy do jego pokoju 614 – tym razem razem.
W windzie stoję wtulona w niego, jego ręka pod szlafrokiem.
– Jeszcze dwie noce – mówi. – A potem… potem zobaczymy.
– Dwie noce to za mało – odpowiadam.
– To początek – mówi.
Całą niedzielę nie wychodziliśmy z łóżka. Zamówiliśmy jedzenie do pokoju, otworzyliśmy okno na oścież, żeby słychać było deszcz, i kochaliśmy się tak długo, aż oboje straciliśmy rachubę czasu, orgazmów i granic.
Było wszystko:
- pasek od jego spodni na moich pośladkach (czerwone ślady do dzisiaj),
- moje ręce związane jego krawatem do ramy łóżka,
- lustro przy łóżku, w którym patrzyliśmy sobie w oczy, gdy wchodził we mnie od tyłu,
- ja na kolanach w łazience, on stojący, woda z prysznica spływająca po jego torsie, moje usta pracujące do samego końca,
- powolny, prawie nieruchomy seks o 4 nad ranem, kiedy tylko patrzyliśmy sobie w oczy i szeptaliśmy „zostań”.
I były rozmowy. Długie, szczere, bolesne. O tym, że ja od lat śpię obok człowieka, którego kocham, ale z którym już nie czuję się kochana. O tym, że on po rozwodzie obiecywał sobie „nigdy więcej poważnie”, a teraz nie potrafi myśleć o niczym innym niż o mnie. O dzieciach. O tym, że nie chcę ich krzywdzić. O tym, że nie chcę już dłużej krzywdzić siebie.
O 6:00 rano w poniedziałek leżę na jego piersi. Za pięć godzin powinnam być w domu – odebrać Lenę z przedszkola, zrobić obiad, udawać, że wszystko jest po staremu.
– Nie jedź – mówi cicho. – Muszę – odpowiadam, choć głos mi się łamie. – To nie jedź na zawsze. Jedź tylko dzisiaj. Załatw sprawy. A ja poczekam.
Podnoszę się na łokciu i patrzę na niego.
– Poczekasz ile?
– Tydzień. Miesiąc. Rok. Ile będziesz potrzebować.
Całuję go mocno, ze łzami w oczach.
– Dam znać najpóźniej w piątek – mówię. – Ale już teraz wiem, co wybiorę.
Ubieram się w milczeniu. Ta sama czarna sukienka, tylko teraz pachnie nim na zawsze. W lustrze widzę kobietę, która w ciągu jednego weekendu przypomniała sobie, że żyje.
W drzwiach odwracam się jeszcze raz.
– Kuba?
– Tak?
– Pamiętasz, co obiecałeś mi pod boiskiem w 2008?
Uśmiecha się przez łzy.
– Że kiedyś cię przelecę tak, że zapomnisz, jak się nazywasz.
– No więc… zapomniałam. I nie chcę sobie przypominać starego nazwiska nigdy więcej.
Całuje mnie po raz ostatni – długo, mocno, jakby chciał zatrzymać ten moment na zawsze.
Schodzę na dół. W recepcji oddaję klucz z pokoju 412. W samochodzie włączam radio – leci „Czasami” Starego Dobrego Małżeństwa.
Jadę do domu. W głowie mam już gotowy tekst wiadomości do męża: „Musimy poważnie porozmawiać. Wróciłam inna.”
I wiem, że to nie jest koniec naszej historii. To dopiero początek.
Koniec.



